Odrobina tego co możemy – Elżbieta Kiziukiewicz

Okładka
Jarosław T. Dzierniejko
Redakcja
Waldemar Smaszcz
Opracowanie
Dział Promocyjno-Edytorski WOAK
Wydawca
Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury (2008)
Druk i oprawa
MZGraf s.c.
e-mail: drukarnia@mzgraf.pl

il. str. 39, format: 20,5×13

Elżbieta Kiziukiewicz urodziła się 8 stycznia 1992 roku. Jest uczestniczką i laureatką wielu konkursów poetyckich, między innymi „Przekroczyć próg nadziei”, „Maryja, Matka Miłosierdzia” i „Ocalić od zapomnienia”. Obecnie uczy się w Katolickim Liceum Ogólnokształcącym w Białymstoku, a „Odrobina tego co możemy” jest jej debiutanckim tomikiem poezji, czyli zapowiedzią tego, co może Elżbieta Kiziukiewicz.

…zanim zamarzniemy
w pierwszym siwym smutku

Przed laty Maria Dąbrowska po ponownej lekturze młodzieńczych liryków Kazimierza Wierzyńskiego z Wiosny i wina, oczarowana ich ze wszech miar wyjątkową aurą poetycką, napisała: „Był więc ktoś jedyny, naprawdę młody i bez zastrzeżeń szczęśliwy na tym świecie!” Po zapoznaniu się ze zbiorkiem Elżbiety Kiziukiewicz nie mogłem oprzeć się refleksji: Jakie to niezwykłe być naprawdę młodym, tyle mieć do powiedzenia i potrafić to zrobić w tak dojrzały sposób! Bo t a k i e wiersze pisze się bodaj wyłącznie w młodości, stąd jakże ważne jest, aby wówczas też móc podzielić się nimi z czytelnikami, a nie tylko z najbliższymi. Dzięki temu i my, to znaczy każdy, kto sięgnie po ten zbiorek, możemy obcować z poezją tak czystą w swoim przesłaniu, jak bezprzymiotnikowa Prawda.
Wiersze składające się na tomik Odrobina tego co możemy powstawały w przedziale kilku lat, o czym – zważywszy na wiek młodej poetki – należy pamiętać w trakcie lektury. Zaczyna autorka jak można najpiękniej, lirykiem o mamie, wyrażającym jeszcze dziecięcą miłość do najbliższej osoby i zamykającym jednocześnie świat dzieciństwa. I już w tym przypadku trudno nie zauważyć nad wyraz dojrzałego widzenia najważniejszych spraw i świetnego radzenia sobie z formą poetycką. Po kilku dość oczywistych, powiedziałbym, sformułowaniach, wypowiedź liryczna niesłychanie dynamizuje się, jakby autorka dopiero teraz znalazła swój własny język:

aż pewnego dnia
kołyska za ciasna
za krótka kołderka
i księżyc szepce do ucha
przecież było ci dobrze
wróć tutaj
posłuchaj

I od tego momentu – by sięgnąć po znane sformułowanie poetyckie – autorka nie obniża już lotu. Ta metafora wydaje się zresztą nabierać zupełnie nowego znaczenia. Właśnie taka, sięgająca daleko perspektywa pozwoliła Elżbiecie Kiziukiewicz napisać:

a my
biegnący przed siebie
gubimy kolorowe kalosze
spódnica nas ciśnie
krawat dusi
tęsknimy do niej
do oczu co tak ciepło patrzyły
uśmiechu co koił i głaskał
i znów na zatłoczonym niebie
jej słońce grzeje…

Zwróćmy uwagę jak lapidarnie i trafnie zarazem został tu oddany upływ czasu: „gubimy kolorowe kalosze / spódnica nas ciśnie / krawat dusi…”. Owe kolorowe kalosze z dzieciństwa są jeszcze wspólne i dla córek i dla synów. Później, chociaż – powtórzmy – cisną spódnice i duszą krawaty, wspólna pozostaje tęsknota, jakże czule wyrażona w puencie…
Inwencję językową, rzecz bezcenną w budowaniu poetyckich światów, ujawnia poetka niemal w każdym utworze. W tak młodym wieku trudno oczekiwać, aby w każdym przypadku były to zabiegi na wskroś oryginalne, ale jeżeli pojawiają się reminiscencje wskazujące na lekturę takich mistrzów poetyckiego dyskursu, jak Wisława Szymborska, świadczy to jak najlepiej o owych powinowactwach z wyboru. Tym bardziej, jeżeli do tego wiersz się nie ogranicza, jak w przypadku tego utworu:

biegniemy
po wszystkich kotach i łbach
zaczepiamy się o swoje języki obce
nie patrzymy
na rozpuszczone włosy prawdy

a kiedy zdążymy nareszcie żyć
i nabierzemy pewności siebie
leżymy zimni jak śnieg
na suchych gałęziach życia

Pierwsza strofa, ujawniająca owe językowe poszukiwania, wydaje się jedynie wstępem, wprowadzeniem do tego, co wyraża druga część. I w tym liryku, podobnie jak we wcześniejszym o mamie, zwraca uwagę – by tak powiedzieć – projekcyjność widzenia poetyckiego, co potwierdza młodzieńczość autorki. Brak doświadczeń w młodości nie jest przeszkodą do sięgania w przyszłość. Kategoryczność i bezkompromisowość domaga się natychmiastowego wyrazu. Wystarczy więc obserwacja starszych i potrzeba sprzeciwu wobec każdej rezygnacji z najwyższych celów, by dokonać właśnie takiej oceny. Stąd podobne wypowiedzi bywają przyjmowane albo z pobłażaniem, albo – częściej – wręcz z lekceważeniem. Wszak, słyszymy wówczas, każdy z nas przez to przechodził. Nic bardziej błędnego…
„Poeta jest jak dziecko” – często powtarzamy, wskazując na nieustanną gotowość do dziwienia się. Bo zdumienie – jak twierdzili starożytni Grecy – dało początek zarówno poezji, jak i filozofii. Młody poeta, tak jak młody człowiek, doświadcza szczególnego rodzaju zdumienia – niepojętą dla niego, jak to ujął Jan Lechoń, „zgodą na wszystko, co nam w serce wrasta”. I nie ma znaczenia, czy jest tak naprawdę, czy są to jedynie lęki przed powtórzeniem losu innych. W młodzieńczym maksymalizmie jest to bodaj najgorsze, czego można doświadczyć. Stąd ta przytłaczająca diagnoza: „kiedy zdążymy n a r e s z c i e żyć /…/ leżymy zimni jak śnieg / na suchych gałęziach…” (podkreśl. – W.S.). Jak to wszystko ważne dla autorki, świadczą kolejne wiersze – Ballada
o myciu głowy, „ile razy grzeszył…” czy wreszcie tytułowy utwór „odrobina szaleństwa i rozpaczy…”:

odrobina szaleństwa i rozpaczy
odrobina miłości
odrobina piękna
odrobina złości i żalu
zupełnie mało łez
i niewiele słów
mało prawdy
i troszeczkę kłamstw
naprawdę bardzo mało życia w nas
bo całe życie
to tylko
odrobina tego
co możemy

Po latach – by raz jeszcze powrócić do Jana Lechonia – będziemy wiedzieć obojętnie, co w młodości wiedzieliśmy
z goryczą. I tego właśnie lęka się Elżbieta Kiziukiewicz, przed tym ostrzega.
Ks. Jan Twardowski, mając za sobą długie życie i niezłomną wiarę, która wiele razy ratowała go od rozpaczy, mógł napisać: „jakże mieć miłość całą / kiedy tu życie niecałe”. I nie ma w tym rezygnacji, tylko mądra zgoda na naszą kondycję wygnańców z wieczności, zamkniętych w czasie. Sam jednak debiutował w latach gimnazjalnych wierszem Skarga, kończącym się jakże wymowną puentą: „Ach, po co śniłem plany, / gdy snów nikt nie rozumie!”.
Wkraczanie w życie ze świadomością, że wykorzystamy – powtórzmy – „tylko odrobinę tego co możemy”, wypowiadane w dodatku w liczbie mnogiej, a więc w imieniu pewnej zbiorowości, musi rodzić określone konsekwencje. Niby leitmotiv powraca przekonanie to w różnych kontekstach. W wierszu „mijamy wierność…” czytamy: „mijamy życie / które drży zamarznięte / na suchych motylich skrzydłach”. Ważne, że przynajmniej drży, a więc daje oznaki… życia.
Nieprzypadkowo przywołałem tu ks. Jana Twardowskiego, gdyż i tutaj pojawiają się odwołania do Stwórcy, niosące nadzieję, jak w Balladzie o upadłym kaktusie:

upadł kaktus
odpadły wszystkie kolce
twardy piasek
wbija się w zielone ciało
resztki wody wyparowały
przyleciało ptactwo
rozdrapały drewnianą duszę
zadławiły się
przyszedł Bóg
podniósł
postawił
rzekł
idź dalej

To na pozór prosty, ale bardzo dojrzały wiersz. Bóg nie prowadzi człowieka za rękę, pozwala mu na samodzielne wybory, gdy wszakże znajdziemy się w sytuacji z ludzkiego punktu widzenia bez wyjścia, wówczas pojawia się, podnosi i każe iść dalej.
Chciałbym też zwrócić uwagę na jeden tylko, ale jakże piękny liryk autotematyczny – Z pejzażem wśród słów albo śmierć poety. Jego odejście to „cisza między wierszami / cisza z niebieskim oczkiem / cisza ze złotem między ustami / i żółty księżyc z warkoczem”. „Ale to nic – mówi autorka – przyjdzie ktoś inny / z ciszą / i z pejzażem wśród słów”. Wierzymy jej, tak jak wierzyliśmy wcześniejszym słowom.
Po pewnym wyciszeniu, kilku wzruszających modlitwach poetyckich, powraca jednak niepokój; niepokój związany z budzącą się miłością:

leżymy w stosie liści
jak wśród bijących serc
spieszymy się
aby zdążyć zmoknąć na Deszczu
i pięknie się zarumienić

tak bardzo chcemy przeżyć
Miłość
która wybucha w nas
różnymi kolorami

chcemy zdążyć
zanim zamarzniemy
w pierwszym siwym smutku

Jeżeli uznamy, że wiersz miłosny jest prawdziwym sprawdzia-nem możliwości autora, to z całą pewnością ów sprawdzian w tym przypadku wypadł nader pomyślnie. Porusza naszą wrażliwość już pierwszy obraz, przywołujący jedno z najbardziej intensywnych doznań z dzieciństwa i wczesnej młodości – zapach zgrabionych jesiennych liści, tu nieoczekiwanie zestawionych z bijącymi sercami, obudzonymi pierwszą miłością. Dalej jest bodaj jeszcze piękniej – wzrusza zwłaszcza ów pośpiech „aby zdążyć zmoknąć na Deszczu / i pięknie się zarumienić”.
Zbiorek Odrobina tego co możemy, mimo swojej szczupłości, ukazuje trwający wszak w czasie proces dojrzewania młodej autorki, która w jednym z końcowych wierszy napisała:

nie odgadłam jeszcze
tego co jest we mnie
niechciane coś co jest
w środku
rośnie i kiełkuje
[…]

To – należy podkreślić – kolejny wiersz miłosny. Bo właśnie miłość jest tym progiem, który przekraczając, zamykamy pierwszy etap naszego życia. Niejako dopełnieniem tych refleksji są Rozmyślania nad czytaną książką, poprzedzone jakże znaczącym mottem z poezji Zbigniewa Herberta: „żebym rozumiał innych ludzi inne języki inne cierpienia”. Autorka widzi „innych ludzi / inne cierpienia” i – co nie powinno umknąć naszej uwadze – nieznane jej „j u ż / cierpienia dziecka / któremu zabrano piłkę” (podkreśl. – W.S.). Nieoczekiwanie wiersz kończy się zaskakującym doprawdy wyznaniem:

czytam na głos
w myślach
książkę
którą przez okno
podaje mi
życie

jest piękna

jestem szczęśliwa

Jakikolwiek komentarz byłby tu zbyteczny. Życzmy, by taka właśnie pozostała jak najdłużej i zechciała się dzielić swoim szczęściem; talent wszak jest nam nie tyle dany, co zadany.

Waldemar Smaszcz