Liryki Domowe – Małgorzata Sochoń

Redakcja
Barbara Pacholska
Skład komputerowy
Zespół Promocji i Poszukiwań Kulturalnych WOAK
Projekt okładki
Jacek Sochoń
Wydawca
WOAK Białystok (2001)
Druk
Drukarnia Biały Kruk, Białystok
il. str. 68 format 13×20

Do dzisiaj o tym milczałam

Małgorzata Sochoń pierwszy wiersz opublikowała w roku 1978, gdy miała czternaście lat. Debiutancki zbiorek ukaże się w roku 2001, czyli niemal po upływie ćwierćwiecza… Wiele w tym czasie zdarzyło się w jej życiu, i o to zwykle pytana jest w wywiadach prasowych, jakie ukazują się zwłaszcza po roku 1999, gdy o mało dotąd znanej poetce stało się głośno po spektakularnym sukcesie w konkursie na wiersz liryczny, zorganizowanym  przez miesięcznik “Twój STYL”. Spośród  k i l k u  tysięcy nadesłanych utworów jury nie miało najmniejszych wątpliwości, że autorką tego najlepszego jest właśnie Małgorzata Sochoń.
Kiedy jednak czytałem zamieszczone tu wiersze, wszelkie pytania o spóźniony debiut wydały mi się nieistotne. Ta na wskroś dojrzała poezja nie wymaga żadnych dodatkowych wyjaśnień. Od pierwszego wiersza zostajemy wprowadzeni w świat codziennych, a przecież na swój sposób niezwykłych, zdarzeń i emocji, o których autorka mówi językiem tak czystym, jakby to była jej naturalna dykcja. Bez trudu wszakże rozpoznajemy jakiej próby jest ta prostota. Przypominają się w tym miejscu słowa Anny Kamieńskiej wypowiedziane na temat poezji ks. Jana Twardowskiego: “Każdy poeta ma jakieś zadanie do spełnienia. Wówczas gdy zacznie to czynić, gdy odnajdzie swoje zadanie – natychmiast jego poezja dynamizuje się i staje się autentyczna. Nie ma wówczas problemów z tzw. formą. Ona znajduje się sama. Pisać wiersze – to nie znaczy jeszcze być poetą. (…) Poeta po prostu musi czynić  s w o j e.  I właśnie kiedy to czyni, poezja jego rozwija się i dojrzewa, nie zastyga.” Nie znam drogi poetyckiej Małgorzaty Sochoń, jej dojrzewania artystycznego, ale nie mam wątpliwości, że to, co osiągnęła, nie przychodzi samo. Tonacja liryczna tych utworów świadczy o pełnej harmonii człowieka i słowa poetyckiego, stąd właśnie wrażenie naturalności wypowiedzi.
Tytuł wiersza otwierającego zbiorek mówi w zasadzie wszystko o całym cyklu – Miłość. Nie ma chyba jednak bardziej wieloznacznego słowa niż to określające najważniejszą ze spraw ludzkich. Poetka pisze o miłości “zwyczajnej”, która zmieniła dawnych kochanków w “zwykłą kobietę” i “zwykłego mężczyznę”. Myliłby się jednak każdy, kto widziałby w tym klęskę płomiennego niegdyś – możemy się domyślać – uczucia. Wprawdzie małżonkowie tak przemienieni “zwyczajnie do siebie wracają / ze sklepu / z pracy / czasem od lekarza / i na powitanie – / – całują się”, to przecież nie wszystko w nich spowszedniało:

(…)
miłość
zwyczajnie odnalazła
w twych dłoniach miejsce
na moje ręce
w moich ustach
na twój język

I wszystko to – powtórzę – stało się pośród najbardziej codziennych zdarzeń, o czym mówi autorka w kolejnych wierszach (tworzą one swoisty monolog liryczny rozpisany na poszczególne części). Ale jak mówi! Już w następnym utworze poznajemy letnie popołudnie bohaterów. Rozpoczyna się – znowu – najzupełniej zwyczajnie: “kiedy on rąbie drzewo / parzę kawę / i dolewam mleka”. Lecz okazuje się to jedynie krótkim wprowadzeniem do nie tak już zwykłych zdarzeń, poddanych wzrastającej dramaturgii: “wynoszę na podwórze / prośbę / z dwiema łyżeczkami słodyczy // (…) // skradam się jak pantera / do złocistych pleców / całuję / gładką jak u foki skórę // odwraca się / patrzy szarymi oczami // – po to parzyłam kawę”. Nie tylko więc liryk miłosny, lecz cała dramatyczna scenka, godna w swojej lapidarności pióra księcia poezji polskiej, Ignacego Krasickiego, który tak przecież konstruował mistrzowskie bajki.
Nie mamy wątpliwości, że w tym związku właśnie kobieta jest stroną bardziej aktywną, to ona robi wszystko, by zawsze tak samo nie zawładnęło ich związkiem. Jedynie do męża “zawsze tak samo” ustawia się “prawym lepszym profilem”, aby go “zatrzymać / każdego ranka”; co, mimo największych wysiłków, nie może się ostatecznie udać. Rano bowiem budzimy się do koniecznych obowiązków, a miłość – jak pisał przed dwoma wiekami  Franciszek Karpiński – “żyje niespaniem”. Dlatego bohaterka nie waha się mówić o swoich lękach:

jeżeli zacznę mówić do ciebie po imieniu
zniknie Noc
a tylko
niebieska chmura kamieni
wgniecie mnie w poduszkę
by rano zmienić w łyżkę
zwykłego dżemu

więc milcząc patrzę na ciebie
w nienazwaniu
i w niezmęczeniu

Przedłuża więc sny, bo w nich może powracać na zapamiętaną polanę, “gdzie każda dżdżownica to modlitwa: / przytul mnie na zawsze”. Nie ukrywa, że z coraz większym trudem udaje się jej wydobyć od ukochanego słowa, na które wciąż czeka. On zaś zaledwie powtarza pełne melancholii zdanie: “spójrz mamy jesień”. Pozostają jednak wspomnienia, o których – jak pisze – “do dzisiaj (…) milczała”. A jak wielka jest jej tęsknota za miłością, świadczy bodaj najlepiej wiersz bar – lipiec:

ona ręką zgarnęła okruchy
on przyniósł kawę z aluminiową łyżką
i żadnych dotknięć a dreszcze
i żadnych ust a serc łopoty

a wokół pachnie kapustą
a na stoliku leży róża
a ludzie piją kompoty

Nic nie jest w stanie przeszkodzić żywemu uczuciu; ani obskurny bar, ani aluminiowa łyżka w kawie, ani zapach bigosu. Miłość ostatecznie nie potrzebuje nawet czułych gestów, sama przyprawia o dreszcze i łopot serca.
Po latach, wyznaje w końcu, gdy tak wiele przeminęło, można wprawdzie posłuchać Długosza (choćby o tym, że “już nas tak ta nasza miłość nie obchodzi…”), porozmawiać z przyjaciółką, ale to wszystko jest tylko “zamiast”. Dobrze, że przynajmniej w trudnych chwilach dawną kochankę może zastąpić … żona. Gdy “drży ziemia / drży ciało – czytamy w jednym z liryków – wydobywam z siebie żonę / wszystko uspokoi / wyrozumiała jest / cierpliwa…” Kiedy zaś zabraknie słów, pozostają jeszcze “okruszki zwabienia” i refleksja: “chyba na pewno mogłam cię nie spotkać”.
 Nie dane było bohaterce tych wierszy zostać “Lilką”; nie ta epoka, nie to środowisko – można powiedzieć, a ponadto “wszystko się zmienia”. Potrafiła wszakże bardzo wiele ocalić z tego, co kiedyś otrzymała czy też zdobyła. “Kobiety są silne / zdecydowane…” – powtarza, zaklinając niejako rzeczywistość. Jej siła ostatecznie okazała się innej natury. Nie pozwoliła, aby otrzymany dar słowa został przykryty kurzem codzienności. Przeciwnie, wydobyła go na powierzchnię, by zajaśniał pełnym blaskiem, jak choćby w liryku wyjątkowej urody, zatytułowanym Pożegnanie, nagrodzonym we wspomnianym konkursie miesięcznika “Twój Styl”

Waldemar Smaszcz