Kołysane wiatrem – Henryk Stankiewicz

Wybór
Barbara Pacholska
Redakcja
Iwona Wąsowicz-Szczepaniak
Skład i opracowanie
Barbara Popławska
Opracowanie graficzne
Jarosław T. Dzierniejko
Fot. I str. okł. Waldemar Kwiatkowski
Wydawca
Oficyna Wydawnicza WOAK w Białymstoku (2004)
&
Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury w Dąbrowie Białostockiej
Druk
Drukarnia “Biały Kruk”, Białystok
il. str. 52 format 14,5×20,5

Henryk Stankiewicz urodził się w Harasimowiczach (gm. Dąbrowa Białostocka). Po ukończeniu szkoły został gospodarzem na ojcowiźnie, o czym marzył od dziecka. Ma żonę i czwórkę dzieci.

Od wielu lat pracuje społecznie; był jednym z założycieli „Solidarności” Rolników Indywidualnych, w stanie wojennym wiceprzewodniczącym tego związku, a w latach 1994-2002  radnym w Radzie Miejskiej Dąbrowy Białostockiej.

Debiutował tomikiem „Dzień za dniem” wydanym przez Wojewódzki Ośrodek Animacji Kultury w 1999 r.

Wiersze Henryka Stankiewicza są nierozerwalnie związane z życiem rolnika, opisują pracę w polu, uroczystości kościelne, obyczaje, obrzędy. Niosą w sobie wspomnienia dawnych zabaw, ciężkiej pracy i podziw dla piękna przyrody. Niejednokrotnie są zabarwione humorem, krytykują aktualne zjawiska społeczne. Formą przypominają gawędy snute przez wiejskiego gawędziarza.

Czas i miłość
Ledwie człowiek się urodzi
Razem miłość z nim przychodzi,
Pierwsza miłość się zaczyna,
Najgorętsza, bo matczyna.

Druga miłość idzie z czasem:
Dwoje ludzi z wielką klasą
Darzą wspólną się miłością,
Czego inni im zazdroszczą.

Idą piękną wspólną drogą,
Wprost nacieszyć się nie mogą,
W oczach widać szczęścia wiele,
A dowodem jest wesele.

Życie dalej płynie samo:
Państwo młodzi – Tata z Mamą.
Wielka miłość się zaczyna,
A dowodem jest rodzina.

Nasz Dom
Od wieków nad morzem stał ten dom rzekomo,
Skromny, biało-czerwony, jeszcze kryty słomą.
A pod strzechą okna jak oczy błyszczące,
Spod przymkniętych powiek patrzące na słońce,
Które letnim rankiem cicho sobie wstało
I zza łanów zboża złociste wyjrzało.
Wtem skowronek ze śpiewem w górę się unosi,
Jakby prośby pilne do Boga zanosił.
Powoli znikały nocne szare chmury
I słońce ktoś jakby pochylał do góry.
Kiedy to na niebie już odważnie stało,
Swym złotym promieniem do okna zajrzało.
Spojrzało na dzieci, grupa liczna była,
Spały uśmiechnięte, wolność im się śniła.
Lecz mamy nie było, już przed słońcem wstała
I gotując śniadanie „godzinki” śpiewała.
Za miniony tydzień Bogu dziękowała,
Prośby swe składała, o zdrowie błagała,
Wszystko mu zawierzała, na niego liczyła,
Bo ona mu wierną służebnicą była.
Choć maszyn nie było, sierp za kombajn służył,
Przed wschodem wstawała, a czas się nie dłużył.
Pracowała ciężko, dzieci hodowała,
Lecz na modlitwę do Boga czas codziennie miała.
Dom już nie ma strzechy, inny niż przed laty,
Lecz słońce jak co dzień zagląda do chaty,
Zdziwione jest bardzo, że dzieci tak mało
I na wszystko czasu jakby brakowało.
Pędzą ludzie przed siebie, czasu wciąż za mało,
Nie zważając na to, ile go zostało,
Przyhamuj człowieku – ściągnij lekko wodze –
Zapytaj: Czy jesteś na właściwej drodze?

***

Piękna jak róża…
gdy ktoś zapyta…
chociaż jej piękność
jeszcze ukryta.

Piękne oblicze
jej pochylone,
schludnie ukryte
w „listki zielone”.

Zgrabne łodygi
ziemi sięgają,
jeszcze zielone –
już omamiają.

Widać faluje w nich
żywa dusza,
jakby wiatr nimi
lekko poruszał.

Kiedy dojrzewa
w słońca promieniach –
choć już przystojna,
jeszcze się zmienia,

Z każdym dniem piękno
swoje wynurza,
każdy więc mówi:
„cudna jak róża”.

Urok jej piękne
sprawia wrażenia:
w dniu swych imienin
spełnia marzenia…